sobota, 22 listopada 2014

Ciepło, coraz zimniej


Nie jestem,jak większość pewnie kobiet, specjalnym kibicem (kibicką) sportowym. Silnie jednak jakoś mam wryty w świadomość widok płonącego znicza olimpijskiego. Na czas jego aktywacji teoretycznie ustawały walki i waśnie, ludzie skupiali się wokół niego.

Centralnym punktem greckich świątyń bóstw i wyroczni były paleniska, których płonął wieczny ogień. Z kolei najwyższą instancją niebiańską Starożytnej Grecji był nie kto inny, jak Gromowładny, czyli dający ogień.

    To w kulturze hellenistycznej, można powiedzieć że naszej kolebce. Podobnie w zasadzie było w innych rejonach świata i kulturach nawet bardziej pierwotnych. Plemiona nie tylko dbały o stały ogień, ale i skupiały się wokół niego. W ujęciu przyziemnym dostarczał ciepła, światła, możliwości przetwórstwa, poczucia bezpieczeństwa. W prehistorii był praktycznie główną walutą. W spojrzeniu bardziej oderwanym od przyziemności ogień sprzyjał transowi, katharsis, był metaforą wszelkich przemian. Wokół
ognia więc koncentrowało się życie realne i duchowe.

    Następne stulecia i postęp cywilizacji de facto nie zmieniły w stopniu radykalnym roli ognia czy ogniska. Owszem, ewoluował konkretny jego wygląd od rozrzuconego paleniska, po bardziej regularne formy, z magnackim kominkiem włącznie. Ludzie gromadnie, stadnie wręcz przez dziesięciolecia i stulecia schodzili się przy ognisku. Dawało ciepło celsjuszami i poczuciem wspólnoty, ważnym dla zwierzęcia stadnego. Centrum każdego domu i wspólnoty. Nawet jeszcze te ćwierć wieku temu i trochę częste
przecież były obrazki stojących obok siebie ludzi i grzejących dłonie nad koksownikami. Tak, ogień to ciepło i wspólnota. Ćwierć wieku temu, ale już nie dziś chyba. Nie tylko dlatego, że w każdym mieszkaniu jest odrębny kaloryfer, nie prosi się o ogień do papierosa, a centrum najmniejszej komórki społecznej stał się ogień za szybą, czyli telewizor. Do takich rozmyślań skłonił mnie długi wakacyjny pobyt w miejscu, gdzie jeszcze dziesięć lat temu siadało się codziennie do wspólnego ogniska.
Teraz każda najmniejsza komórka tego zbiorowiska miała swoje palenisko, do którego wielkim faux pas byłoby podejść i się przyłączyć. Pewnie nie ma czego chwalić, ani czego ganić. Ponowoczesność rozbija poczucie wspólnoty. Komfort niezależności miast komfortu wspólnoty. Klasyczne coś za coś. 

wtorek, 18 listopada 2014

Piramida potrzeb Masłowa


W żadnym wypadku nie mam na myśli może pierwszej piramidy, jaka w żarłocznym kapitalizmie ciśnie się na myśl, finansowej mianowicie.

Sytuacji, gdy rzesza usytuowanych na dole tejże piramidy gromadzi pieniążki, przekazywane następnie, mniej lub bardziej celowo i świadomie, osobnikom na wyższym poziomie. Coraz wyżej, coraz wyżej. W końcu Wszystkie docierają do rekina, żerującego na szczycie piramidy.

W tym artykule zająć się chciałam teorią znacznie mniej znaną, „piramidy potrzeb Masłowa”.

Zilustrowana właśnie piramidą, hierarchia ludzkich potrzeb. Jak zdefiniujemy potrzebę? Każdy powie, że znaczenie tego wyrazu nawet dziecko zna. To pożądanie czegoś niezbędnego nam do życia, co do czego mamy silne poczucie braku. „Piramida Masłowa” systematyzuje ludzkie potrzeby, grupuje i ustala kolejność ich zaspakajania. Szczegółowe jej segmenty powyżej na diagramie, a na razie pobieżnie segmenty:

1 – Potrzeby fizjologiczne: jedzenie, picie, woda, tlen, sen
2 – Potrzeby bezpieczeństwa: opieka, spokój, wolność od strachu
3 – Potrzeby miłości i przynależności
4 – Potrzeby szacunku u uznania: poczucie własnej wartości
5 – Potrzeby samorealizacji: potrzeby estetyczne, poznawcze

Bardzo istotna jest ta właśnie kolejność zaspokajania. Innymi słowy hierarchia ważności. Tutaj ujawnia się symboliczność piramidy. Im niżej, tym cechy bardziej: podstawowe, elementarne, konieczne. Im wyżej, tym potrzeby: mniej konieczne, wręcz fantazyjne. Bo oczywiście najważniejszymi dla człowieka są: pokarm, bezpieczeństwo życia i zdrowia. Na dalszym planie awans zawodowy, czy konsumpcja dóbr kultury. Lwia część z Was na szczęście za swojego życia nigdy nie będzie musiała walczyć o zaspokojenie potrzeby bezpieczeństwa życia i zdrowia.

Teoria tej piramidy głosi, że człowiek najpierw zaspakaja potrzeby niższego rzędu (niżej w piramidzie), potem wyższego. Jak kilka zdań wcześniej było już powiedziane. Głosi również, że potrzeby wyższego rzędu mogą być zaspakajane tylko wtedy, kiedy zaspokojone są już potrzeby niższego rzędu. Akurat ten punk często jest negowany argumentacją, że na przykład w sytuacji wojny, czyli nagminnego zagrożenia zdrowia i życia, masa ludzi zajmowała się teatrem i inną działalnością kulturalną.

   Nie jestem naukowcem. Dla mnie, okiem laika spoglądając, „piramida potrzeb Masłowa” ma jeszcze inny, metaforyczny wymiar. Chodzi mi mianowicie o globalny pogląd na sytuację bytową ogółu populacji na naszej ziemi. Myślę, że gdyby na nią spojrzeć, procentowa ilość ludności przypadałaby na długość danego stopnia piramidy. Większość ludzi – Afryka, Azja Południowo Wschodnia, też Ameryka Południowa, tak naprawdę dzień za dniem walczy o życie i bezpieczeństwo zdrowia. Znacznie mniejsza ilość z nich zaspokaja potrzeby akceptacji, miłości, walki z bezrobociem. Na samym szczycie – bez urazy i ujmy komukolwiek – śmietanka upaja się sztuką. Przy okazji tego wywodu przypominają mi się przeczytane niedawno poważne statystyki, w których powiedziane było, że Polacy należą do grupy 5% najzamożniejszej ludności na świecie. Może warto tą optykę mieć na względzie, gdy myślimy i mówimy o obecnym kryzysie, czy ogólnej sytuacji bytowej. Ogółu i naszej, każdego z osobna.

   Uważam, że warto być świadomym „piramidy Masłowa”, tego co kieruje naszymi potrzebami. Niezależnie od niej, różne są ludzkie namiętności. Są tacy, którym mimo dużych możliwości wystarcza zaspokojenie najniższych potrzeb. Są tacy, którzy pragną więcej. Warto wesprzeć się autorytetem przy planowaniu dalekosiężnego postępowania.

Chcę tutaj też polecić polski film fabularny: „Manna”. Nisko budżetowy, sprzed jakichś sześciu lat. Dwóch młodych mężczyzn znalazło się w miejscu, które należałoby zinterpretować jako siedzibę pośmiertną, bo czy to był raj, to kwestia poglądów. Co dzień spadały im z góry pizza i piwko, ale niejako w zamian, nie mogli się wydostać z tej polany, gdzie skazani byli tylko na swoje towarzystwo, nudę i zastój. Jeden z nich był tą sytuacją dostatecznie, a może nawet nadto, usatysfakcjonowany. Przecież z nieba spadają smakołyki i nic nie trzeba robić. Drugiego z kolei mierził zastój, niemoc wydostania się z tego zamkniętego kręgu, niemoc rozwoju. Naigrywał się z pierwszego, że wystarcza mu minimum i w piramidzie potrzeb Masłowa znajduje się chyba na najniższym szczeblu. Poniekąd był to też znany dylemat wyboru między wróblem w garści, a gołębiem na dachu.