Przypuszczam, drodzy i drogie, że większość z Was traktuje
te dwa tytułowe słowa jako niemal związek frazeologiczny. Dwa wyrazy, które bez
siebie nie istnieją. Jak kwaśna cytryna. Co ewentualnie, może wystąpić jakaś
łagodniejsza odmiana, bardziej „lajtowa” – jak powiedzieliby młodsi. „Jesienne
doły”, „jesienna nostalgia”. Cóż? Czy rzeczywiście to pora o tak znaczącej
przewadze cech obniżających nastrój nad tymi podnoszącymi go? Wygląda na to, że
tak, zwłaszcza w kulturze masowej i języku codzienności. Osoby w podeszłym
wieku wchodzą ponoć w jesień życia. Zatem porę niechybnego finiszu. Reklamy
wszelkich medykamentów na przeziębienia i grypy w tle mają jesienną scenerię.
Pora niekorzystna dla zdrowia. Podobnych skojarzeń można by wymieniać bardzo
wiele. Rzeczywiście. Lato – z reguły najcieplejszy i najciekawszy czas roku –
jest już poza nami. Dni coraz krótsze, a przecież człowiek potrzebuje światła
słonecznego, stanowi też ono o jego nastroju. Jest coraz zimniej, grypogennie,
czas spędzać trzeba w domu.
Jesień to również w kulturze główne, najbardziej ulubione
tło, dla smutnych, trudnych, przygnębiających nastrojów. Mieszkam w rejonie
górskim, gdzie do tego wszystkiego dochodzi jeszcze wiatr halny. Znane jest
powiedzenie, głoszące coś jak mniej więcej: „halny wieje, pewnie znów ktoś się
powiesi”.
Takie jak w powyższych przykładach, skojarzenia z jesienią,
towarzyszyły ludziom już setki lat temu. Chyba głównie wtedy. I wtedy znacznie
trudniej było się ówczesnym przed tym nastrojem obronić. Dlatego między innymi,
że znacznie mniejszą mieli świadomość cykliczności wszystkiego. Tego między
innymi, że po jesieni i zimie nadejdzie wiosna. Będzie cieplej, więcej słońca,
dłuższy dzień. Ponadto w dawnych epokach ludzie, w większości, żyli według
zegara natury, stąd na przykład zmniejszenie długości dnia bardziej ich
dotykała. Bardzo mało kto z nas ustala długość i początek nocnego spoczynku
względem długości dnia. Większość czynności wykonujemy przy naturalnym, ale i
przy sztucznym świetle, niezależnie od tego, jaka jest akurat długość dnia.
Oczywistym jest, że nie ma racjonalnych powodów do uznawania
jesieni za porę depresyjną. Nie ulega też wątpliwości, że takim nastrojom
często podlegamy i nie jest tutaj kluczowym, czy z przyczyn biologiczno –
klimatycznych, czy skutkiem naleciałości i tradycji kulturowych. Ja sama
myślałam, że to zjawisko nieco już zanikające. Żyjemy w czasach wszędobylstwa
marketingu. Każda reklama i każda witryna odsyłają nas do najbliższej wiosny
lub przekonują, że i jesień ma same walory. Inna cecha naszej ponowoczesnej
cywilizacji, to konieczność optymizmu. Nie ma powodu wpadać w doły, skoro w
dobrym tonie jest, by wszystko było w porządku, naznaczone samymi sukcesami,
wręcz ich koniecznością. Tak właśnie myślałam, o zanikaniu zjawiska jesiennej
melancholii. Tymczasem w ostatnich latach wiele razy słyszałam z ust nowo
poznanych ludzi, że jesień to dla nich porą przygnębiającą, bowiem przynosi ze
sobą znamiona schyłkowości.
Przed atakiem takiej depresji można się bronić, ale czy
trzeba? Rzecz jasna terminu „depresja” używam tutaj w znaczeniu nieco
kolokwialnym, jako dłuższego spadku nastroju, a nie medycznej jednostki
chorobowej. Jesienna melancholia, jeżeli już nas dopadnie, ma też swoje plusy.
Pomaga się wyciszyć, dokonać „wiwisekcji”, pobyć samemu ze sobą; daje odpocząć
częściom naszego ja – odpowiadającym za stany euforyczne – po letnich
uniesieniach. „Deprecha” czasem pomaga dostrzec niedomogi naszego życia i
motywuje zmiany.
Barwy jesieni to nie tylko czerń. To przecież pełna paleta
kolorów liści października. Broniąc się przed nostalgią, warto uciekać przed
świadomością coraz krótszego dnia do spacerów, fotografii, własnych hobby, na
które często nie było czasu w upalne letnie dni. Zamartwiać się wszak nie ma
powodu. No, może poza jednym. Podobno koniec świata ma być, bodaj w grudniu.
No, to tym bardziej szkoda tych ostatnich miesięcy na smutki. A, jeszcze to, że
kryzys w pełni. Co nie znaczy jeszcze, że nam się źle powodzi. I tak do wiosny.
.

