piątek, 2 stycznia 2015

Dawać i brać - to nie takie proste

 Kilka dni temu "zawiesiłam" się na kilku odcinkach pamiętnego serialu "Alternatywy 4". Pominąwszy to że on niezmiennie bawi, odkryłam też kolejne dno. Takie mianowicie, że nie tylko czasy obecne cechują się nie bezporedniością i nie prostolinijnością kontaktów społecznych, w latach 80-tych również tak było. Obecnie naszymi wzajemnymi stosunkami bardzo często rządzi ukryta interesowność. Wtedy właściwie również. Zagłaskać Kowalskiego, bo ma dźwig, którym wyciągnie nam szafę na górę. Nie wchodzić w zatarg z Iksińskim i pozwolić mu brykać, bo może okazać się krewnym Iksińskiego z KC.


 Jakieś wieczne stąpanie po niepewnym gruncie. Może to nieco infantylne, ale jest typ relacji, który raczej nam, zwykłym zjadaczom codziennego chleba, kojarzy się z czymś zacnym i bezpośrednim, nie obarczonym ukrytym sensem i pobudką. Dawanie w sensie pomagania i przyjmowanie takowej pomocy. Też tak to od dawien dana traktowałam, chociaż nie ukrywam, że nie od wczoraj coś mi tu nie grało,
coś śmierdziało wręcz. Pomógł mi ten temat zrozumieć i uporządkować, czy też używając modne bardzo niedawno określenia - ogarnąć - bardzo ciekawy artykuł właśnie na ten temat w niedawnej Gazecie Wyborczej. Autorstwa pani psycholog dr Eufrozyny Gruszeckiej (notabene, ciekawe imię). Pod tytułem "Miłość nie rachuje", z bardziej znamiennymi śródtytułami: "Pomagasz - będziesz żył długo i dobrym humorze. Ale pamiętaj, że im lepszy się sobie wydajesz, tym bliźni czują się gorsi", "pomaganie na własnych warunkach ogranicza czyjąś wolność". Według autorki większość szeroko rozumianych transferów między nami nie przebiega i nie kończy się prostolinijnie - tylko biorę/daję, tylko bierzesz/dajesz. Cudza pomoc bywa bronią obosieczną. Unaocznia fakt naszego uzależnienia od innych, może zagrażać pozytywnemu mniemaniu o sobie samym, ranić poczucie godności i przekonanie o własnej zaradności. W efekcie będziemy gorzej o sobie myśleć, a próbując odbudować samoocenę gorzej
oceniać pomagającego i samą pomoc. Pomoc niepotrzebna czy nieproszona potrafi wzbudzać opór. Możemy ją potraktować - oczywiście niekoniecznie rozmyślnie i świadomiev- jako próbę wymuszenia wzajemności, ergo  ograniczenia naszej swobody. Szczególnie to zagadnienie się tyczy relacji ludzi żyjących na podobnym do siebie poziomie. No właśnie. Wielu z nas - ja na pewno - skojarzy z autopsji dużo takich sytuacji w kontaktach ze znajomymi. Kiedy zrobiliśmy coś dla kogoś i wydawało się nam, że ten fakt będzie miał pozytywny skutek. Bynajmniej nie mam tutaj na myśli wdzięczności czy jakiegoś rodzaju uzależnienia, ale że po prostu scementuje naszą znajomość. Tymczasem okazało się to początkiem jej końca, a zachowanie drugiej strony dla nas zupełnie niezrozumiałe. Oczywiście taka postawa wynika z emocji, a nie racjonalnego podejścia do życia, cóż to jednak zmienia, skoro podobno ludzie z reguły kierują się emocjami. Gdy teraz spojrzę wstecz, pamiętam jedno. Otóż ludzie, których uznawałam za bardzo mądrych (w sensie rozwagi i trzeźwości), traktowali dawanie i branie bezpośrednio. "To ci mogę dać, tego nie. To od ciebie wezmę, tego nie." I już w momencie zakończenia "transferu" kończył się jakikolwiek przepływ energii tego tematu. Odwrotnie natomiast w przypadku osób, co do których wielkiej mądrości nie miałam ewidentnego przekonania. Przepływ energii po "transferze" się nie kończył, a wręcz zaczynał, zaczynał się też ciąg
kwasów i niedopowiedzeń. Ze swojej strony dodałabym jeszcze jeden aspekt. W warunkach "prawa dżungli" czy drapieżnych relacji i systemu,dawanie i udzielanie pomocy - zwłaszcza właśnie pomiędzy osobami na podobnym poziomie - bywa traktowane jako objaw słabości, a nie siły. A ze słabszym wiadomo co trzeba zrobić, chcąc ostatecznie być wyżej niż on. Ostatecznie jednak, po reasumpcji, wnioskiem zarówno autorki artykułu jak i mojej skromnej osoby jest, że pomagać warto, bo bilans i tak
jest dodatni. Pomaganie poprawia samoocenę, pomaga radzić sobie z emocjami. Ponadto jest czymś, co w gruncie rzeczy nasza bądź co bądź humanistyczna, europejska i chrześcijańska cywilizacja traktuje jako oczywistość. Warto jednak, pomagając, mieć na uwadze stosunek drugiej strony do tego.

wtorek, 30 grudnia 2014

Na Nowy Rok i nie tylko


  
    No właśnie. Na Nowy Rok życzę Wam Wszystkim wszystkiego dobrego. Z tą uwagą, by nie tylko 1 stycznia ale i każdy inny dzień traktować jako ważny, warty potrzebnych zmian i potrzebnej uwagi, jak i wart spojrzenia w głąb siebie w tym naszym - podobno - nie najdłuższym życiu.