Kilka dni temu "zawiesiłam" się na kilku odcinkach
pamiętnego serialu "Alternatywy 4". Pominąwszy to że on niezmiennie
bawi, odkryłam też kolejne dno. Takie mianowicie, że nie tylko czasy obecne
cechują się nie bezporedniością i nie prostolinijnością kontaktów społecznych,
w latach 80-tych również tak było. Obecnie naszymi wzajemnymi stosunkami bardzo
często rządzi ukryta interesowność. Wtedy właściwie również. Zagłaskać
Kowalskiego, bo ma dźwig, którym wyciągnie nam szafę na górę. Nie wchodzić w zatarg z Iksińskim i pozwolić mu brykać, bo może
okazać się krewnym Iksińskiego z KC.
Jakieś wieczne stąpanie po niepewnym
gruncie. Może to nieco infantylne, ale jest typ relacji, który raczej nam,
zwykłym zjadaczom codziennego chleba, kojarzy się z czymś zacnym i
bezpośrednim, nie obarczonym ukrytym sensem i pobudką. Dawanie w sensie
pomagania i przyjmowanie takowej pomocy. Też tak to od dawien dana traktowałam,
chociaż nie ukrywam, że nie od wczoraj coś mi tu nie grało,
coś śmierdziało wręcz. Pomógł mi ten temat zrozumieć i
uporządkować, czy też używając modne bardzo niedawno określenia - ogarnąć -
bardzo ciekawy artykuł właśnie na ten temat w niedawnej Gazecie Wyborczej.
Autorstwa pani psycholog dr Eufrozyny Gruszeckiej (notabene, ciekawe imię). Pod
tytułem "Miłość nie rachuje", z bardziej znamiennymi śródtytułami:
"Pomagasz - będziesz żył długo i dobrym humorze. Ale pamiętaj, że im
lepszy się sobie wydajesz, tym bliźni czują się gorsi", "pomaganie na
własnych warunkach ogranicza czyjąś wolność". Według autorki większość
szeroko rozumianych transferów między nami nie przebiega i nie kończy się
prostolinijnie - tylko biorę/daję, tylko bierzesz/dajesz. Cudza pomoc bywa
bronią obosieczną. Unaocznia fakt naszego uzależnienia od innych, może zagrażać
pozytywnemu mniemaniu o sobie samym, ranić poczucie godności i przekonanie o
własnej zaradności. W efekcie będziemy gorzej o sobie myśleć, a próbując
odbudować samoocenę gorzej
oceniać pomagającego i samą pomoc. Pomoc niepotrzebna czy
nieproszona potrafi wzbudzać opór. Możemy ją potraktować - oczywiście
niekoniecznie rozmyślnie i świadomiev- jako próbę wymuszenia wzajemności,
ergo ograniczenia naszej swobody.
Szczególnie to zagadnienie się tyczy relacji ludzi żyjących na podobnym do
siebie poziomie. No właśnie. Wielu z nas - ja na pewno - skojarzy z autopsji
dużo takich sytuacji w kontaktach ze znajomymi. Kiedy zrobiliśmy coś dla kogoś
i wydawało się nam, że ten fakt będzie miał pozytywny skutek. Bynajmniej nie
mam tutaj na myśli wdzięczności czy jakiegoś rodzaju uzależnienia, ale że po
prostu scementuje naszą znajomość. Tymczasem okazało się to początkiem jej
końca, a zachowanie drugiej strony dla nas zupełnie niezrozumiałe. Oczywiście
taka postawa wynika z emocji, a nie racjonalnego podejścia do życia, cóż to
jednak zmienia, skoro podobno ludzie z reguły kierują się emocjami. Gdy teraz
spojrzę wstecz, pamiętam jedno. Otóż ludzie, których uznawałam za bardzo
mądrych (w sensie rozwagi i trzeźwości), traktowali dawanie i branie
bezpośrednio. "To ci mogę dać, tego nie. To od ciebie wezmę, tego
nie." I już w momencie zakończenia "transferu" kończył się
jakikolwiek przepływ energii tego tematu. Odwrotnie natomiast w przypadku osób,
co do których wielkiej mądrości nie miałam ewidentnego przekonania. Przepływ
energii po "transferze" się nie kończył, a wręcz zaczynał, zaczynał
się też ciąg
kwasów i niedopowiedzeń. Ze swojej strony dodałabym jeszcze
jeden aspekt. W warunkach "prawa dżungli" czy drapieżnych relacji i
systemu,dawanie i udzielanie pomocy - zwłaszcza właśnie pomiędzy osobami na
podobnym poziomie - bywa traktowane jako objaw słabości, a nie siły. A ze
słabszym wiadomo co trzeba zrobić, chcąc ostatecznie być wyżej niż on.
Ostatecznie jednak, po reasumpcji, wnioskiem zarówno autorki artykułu jak i
mojej skromnej osoby jest, że pomagać warto, bo bilans i tak
jest dodatni. Pomaganie poprawia samoocenę, pomaga radzić
sobie z emocjami. Ponadto jest czymś, co w gruncie rzeczy nasza bądź co bądź
humanistyczna, europejska i chrześcijańska cywilizacja traktuje jako
oczywistość. Warto jednak, pomagając, mieć na uwadze stosunek drugiej strony do
tego.

