Zgodnie z tradycyjnym porządkiem roku za chwilę objawi się
nam w kalendarzu wigilia świętego
Andrzeja. Czas pospolicie nazywany „andrzejkami". Noc z 29 na 30
listopada. Spośród wszystkich okoliczności w ciągu roku, to one najbardziej
kojarzą się z wróżeniem, przepowiedniami, ciekawością przyszłości. Oprócz
tradycji sprzyja takiemu postrzeganiu też krótki dzień, czy nadchodzący nowy
rok. Według dawnych wierzeń ludowych właśnie okres przedadwentowy był tym, w
którym na jawie i w snach najczęściej ukazywały się istoty pozaziemskie. Wróżby
andrzejkowe miały i mają charakter głównie „matrymonialny". Obyczaj
andrzejkowych przepowiedni, jak wszystkie wywodzące się z tradycji ludowych, jest bardzo stary. Na
pewno znany był już w XV wieku, co dokumentują pisemne wzmianki z epoki.
Prawdopodobnie wywodzi się ze Starożytnej Grecji. Pierwotnie „andrzejki"
były tylko wróżbami dla dziewcząt. Chłopcy mieli analogiczne „katarzynki"
24 na 25 listopada. Współcześnie te pierwsze zupełnie zdominowały cały okres i
nabrały dwustronnego charakteru.
W moim życiu „andrzejki" i odprawiane w
ich czas rytuały były obecne dokąd sięgam pamięcią. Babcia pilnowała, abyśmy
jako młode dziewczyny były przygotowane na tą magiczną noc . Noc w którą
uchylają się magiczne wrota do nieznanej przyszłości. Noc w którą wróżby mają
moc największą, a w ich spełnieniu pomagają błąkające się po ziemi duchy,
wywołujące prorocze sny. Jeśli ma się szczęście i taki duch ześle sen na młodą
pannę i jej oblubieńca, wtedy muszą go dokładnie opisać, zamknąć w szkatułce i
nosić jak talizman. Wówczas to szczęście
potęguje się szansą, iż uchylony zostanie rąbek tajemnicy przyszłości. W
dzieciństwie i pod okiem babci, aby spełniła się wróżba, musiałyśmy pościć do
wieczora i odprawiać gorące modły do świętego Andrzeja, a przed samym
rozpoczęciem wróżb należało wrzucić pieniądz do misy z wodą, i wymówić
zaklęcie. Oczywiście pieniądz to opłata za wróżbę, która wymaga tej wymiany
energii, żeby się ziścić. Rzucałyśmy potem na wodę igły, a czasem także zapalone
świece. Jeżeli ogniki puszczali też chłopcy, w skupieniu wyczekiwałyśmy która
świeca z która się spotka i jaka para zostanie skojarzona. Szykowałyśmy
karteczki z wypisanymi imionami chłopaków i chowały je pod poduszkę. Rankiem
wyciągało się karteczkę z imieniem przyszłego męża. Z pozoru śmiechu i
naigrywania było przy tym co niemiara, ale w głębi duszy każda z nas miała swój
typ, jeśli się sprawdził, mimo pozornych śmiechów brany był na poważnie. Oczywiście
dla babci nie liczył by się wieczór bez lania roztopionego wosku przez klucz
starego typu z dużym uchem. Babcia bardo szybko i sprawnie potrafiła potem
wywróżyć z kształtów wosku zastygniętego na zimnej wodzie. Przewidywała
charakter, cechy i zainteresowania naszych wybraków.
Dziś pamiętam, że przez cały rok mój wzrok zawsze
machinalnie zatrzymywał się na kluczu, jeżeli taki gdzieś zobaczyłam. Zaraz
oglądany był pod kątem przydatności do wrób andrzejkowych i lądował w
specjalnej skrzyneczce, gdzie oczywiście nie był jedyny. Stawał się kluczykiem
do przyszłości i wiedzy o niej. Mała jego dziurka była drzwiami do poznania
tego, co czeka nas w przyszłości. I tego, „kto" czeka na nas w
przyszłości. Czy andrzejkowe przepowiednie babci się sprawdzały? Oczywiście,
jak wszystkie inne snute przez nią. W epoce rozbuchanej komercji i
wszędobylstwa lekkości gatunkowej, wróżbowa strona „andrzejek" musi mocno
bronić się przed dominacją imprezowo - tanecznej strony tego dnia. Czyni to
skutecznie i tradycja w żadnym wypadku nie idzie w zapomnienie

