poniedziałek, 22 czerwca 2015

Noc Świętojańska


   Jeśli nie świętowaliście Nocy Kupały (20/21 czerwca), to zostaje Wam jeszcze Noc Świętojańska (23/24 czerwca) - tak oto przeplatają się obrzędy ludowe z tradycjami chrześcijańskimi. W wigilię św. Jana można skakać przez ogniska, pleść i rzucać wianki na wodę, tańczyć i kąpać się, by zapewnić sobie pomyślność i ujrzeć przyszłość.

czwartek, 7 maja 2015

Kłamstwo nasze powszednie

    
    Taka ilustracja fotograficzna mi gdzieś wpadła w oko, jak powyżej. Oczywiście odnośnie nadchodzących wyborów. Jednocześnie trafiłam też w prasie na ciekawą rozmowę z psychologiem, o kłamstwie właśnie. Elekcja elekcją, wiadomo, że kłamią nie tylko politycy. Kłamstwo to zjawisko bardzo powszechne. Stykamy się z nim na co dzień i w zasadzie też używamy na co dzień. Zjawisko bardzo powszechne, ale też bardzo ciekawe swoją złożonością. Potocznie, czy też w naszej chrześcijańskie tradycji, pobieżnie i powierzchownie traktowane jak zło, grzech wręcz. Tymczasem kłamiemy nie tylko dla korzyści, uniknięcia niekorzyści, czy dla zaprezentowania swojej osoby w atrakcyjniejszym świetle. Nieumijętność kłamania może być traktowana jako brak empatii. Kłamiemy też, by uchronić kogoś przed niekorzystną wiedzą, na przykład dziecko na temat kłótni rodziców. Kłamiemy kogoś, nie uświadczając mu przykrości,  co do wiedzy, z której i tak nic mu nie przyjdzie. Warto się zastanowić nad tym, że istnieją kłamstwa, które w gruncie rzeczy poczyniamy z pozytywnych pobudek, czyniąc komuś  w ten sposób dobro. Anegdotka. Przypomniało mi się, że na temat kłamstwa naszego powszedniego czytałam podobny artykuł, kilkanaście lat temu. Wówczas autor przytoczył, właśnie w postaci anegdoty, że najczęściej powtarzanym kłamstwem jest:
- Właśnie miałam/miałem do pani/pana dzwonić…… 



niedziela, 15 lutego 2015

Jeśli emocje, to czemu negatywne?

  


  W którymś z poprzednich wpisów stanęło, że emocje bardziej i częściej decydują o naszym postępowaniu, niż rozum. Co ewentualnie, to kroki podjęte pod wpływem emocji są racjonalizowane przez przypisywanie im pragmatycznego sensu i znaczenia post factum. Ja zastanawiam się natomiast od dawna, że skoro już naszym postępowaniem i życiem rządzą emocje, to dlaczego najczęściej negatywne. Ewidentnie te złe są najczęstszą naszą pożywką i towarzyszem. Widać to w prawie każdej sferze życia, od tych społecznych, po bardziej osobiste. Media serwują nam relacje z wojen, wypadków, świadectw kryzysu i nieszczęść. Informacje o sukcesie czy jakimkolwiek szeroko rozumianym „cieple” przekazywane są naprawdę od wielkiego święta. Kolorowe pisma bez porównania częściej opisują dramaty, niż szczęśliwe historie lub choćby takie z happyandem. Serialowe opery mydlane nie wytrzymają więcej niż kilku odcinków bez jakiegoś dramatu, czy innego zdołowania akcji. Ile z Was ma z sąsiadami więcej zatargów niż pozytywnych relacji i to o nic? Nie musicie odpowiadać, wiem. Ile z Was ma w rodzinie więcej zatargów niż konstruktywnych relacji? Zwłaszcza na bazie takich emocji jak bardzo polska zawiść, czy potrzeba dominacji? Nie musicie odpowiadać, wiem. A teraz pomyślmy, o ile więcej udałoby się zbudować czy uzyskać, gdyby te relacje były pozytywne? Oczywiście że starym banałem jest powiedzenie jak to zgoda buduje a niezgoda rujnuje, ale wiele racji w sobie miało. Ileż więcej udałoby się od życia wydusić, gdyby żyć zgodnie i konstruktywnie z tymi sąsiadami, z tą rodziną? W sensie materialnym i nam by było lepiej i im. Materialnym, bo oprócz materii i intelektu znów są emocje, które decydują. Ta destrukcyjność zatem, to kolejna przesłanka, że kierują nami jednak emocje. Rozum na pewne zachowania by nie pozwolił.

środa, 21 stycznia 2015

Rozum czy emocje?

Czy człowiek kieruje się emocjami, czy rozumem? No, pytanie z typu tych, jakich wiele. Z prawdopodobną odpowiedzią, że jeden tym, drugi tamtym. Pierwsze Wrażenie jest, że osoby o bardziej romantycznym usposobieniu będą kierować się raczej emocjami, pragmatycy rozumem. To raczej nie ta ścieżka rozumowania i nie ta kategoria. Prędzej wypadałoby stwierdzić, że zależne to jest bardziej od poziomu
intelektu i samoświadomości, niż charakteru człowieka. Osoby znające siebie, swoje potrzeby i reakcje, de facto wydają się intelektem poszukiwać dróg dla siebie, by bardziej były spójne z ich emocjami. Ci mniej świadomi wydają się iść bezpośrednio za emocjami. Oczywiście jeszcze innym aspektem jest, mniej zależnym od poziomu intelektu, umiejętność panowania nad tymi właśnie emocjami. Ogólnie jednak uważam, że i tak większość ludzi bardziej emocjami się kieruje, znów bez względu na poziom intelektu. Często w swojej praktyce wróżkarskiej staram się brać to pod uwagę, przewidując i czytając z tarota nadchodzące wypadki.
Niedawno natomiast przeczytałam bardzo ciekawą myśl pewnego amerykańskiego naukowca. Nie neguje ona mojego poglądu, rozwija go albo wyjaśnia. Albo jedno i drugie. Otóż według niego właściwie każdy człowiek kieruje się emocjami. I ten bardzo mądry, i ten troszkę mniej. I ten o naturze romantyka i ten o usposobieniu racjonalisty. Tyle, że podobno każdy człowiek swoją podejmowaną przez emocje decyzję racjonalizuje. Znajduje sensowne uzasadnienie dla wyboru podjętego drogą: lubię/nie lubię. Tyczy się to wszystkich dziedzin życia. Na przykład w polityce stawiamy na ludzi i partie, które po prostu lubimy, lub
mniej nie lubimy. Potem w ich programach znajdujemy punkty, które bardziej

zgodne są z naszym światopoglądem, niż postulaty tych drugich, i twierdzimy że takimi one właśnie są. Oczywiście tym bardziej sprawa się tyczy naszych przyjaciół, czy partnerów życiowych. Decyduje i pierwszy jest nasz pogląd emocjonalny na nich. W następnej kolejności odnajdujemy racjonalne i rzeczowe podstawy do takich wyborów, często przed sobą samym nie mając wątpliwości, że to drugie zadecydowało.



wtorek, 20 stycznia 2015

JESIENNA DEPRESJA – jest czy jej nie ma

   

Przypuszczam, drodzy i drogie, że większość z Was traktuje te dwa tytułowe słowa jako niemal związek frazeologiczny. Dwa wyrazy, które bez siebie nie istnieją. Jak kwaśna cytryna. Co ewentualnie, może wystąpić jakaś łagodniejsza odmiana, bardziej „lajtowa” – jak powiedzieliby młodsi. „Jesienne doły”, „jesienna nostalgia”. Cóż? Czy rzeczywiście to pora o tak znaczącej przewadze cech obniżających nastrój nad tymi podnoszącymi go? Wygląda na to, że tak, zwłaszcza w kulturze masowej i języku codzienności. Osoby w podeszłym wieku wchodzą ponoć w jesień życia. Zatem porę niechybnego finiszu. Reklamy wszelkich medykamentów na przeziębienia i grypy w tle mają jesienną scenerię. Pora niekorzystna dla zdrowia. Podobnych skojarzeń można by wymieniać bardzo wiele. Rzeczywiście. Lato – z reguły najcieplejszy i najciekawszy czas roku – jest już poza nami. Dni coraz krótsze, a przecież człowiek potrzebuje światła słonecznego, stanowi też ono o jego nastroju. Jest coraz zimniej, grypogennie, czas spędzać trzeba w domu.

Jesień to również w kulturze główne, najbardziej ulubione tło, dla smutnych, trudnych, przygnębiających nastrojów. Mieszkam w rejonie górskim, gdzie do tego wszystkiego dochodzi jeszcze wiatr halny. Znane jest powiedzenie, głoszące coś jak mniej więcej: „halny wieje, pewnie znów ktoś się powiesi”.

Takie jak w powyższych przykładach, skojarzenia z jesienią, towarzyszyły ludziom już setki lat temu. Chyba głównie wtedy. I wtedy znacznie trudniej było się ówczesnym przed tym nastrojem obronić. Dlatego między innymi, że znacznie mniejszą mieli świadomość cykliczności wszystkiego. Tego między innymi, że po jesieni i zimie nadejdzie wiosna. Będzie cieplej, więcej słońca, dłuższy dzień. Ponadto w dawnych epokach ludzie, w większości, żyli według zegara natury, stąd na przykład zmniejszenie długości dnia bardziej ich dotykała. Bardzo mało kto z nas ustala długość i początek nocnego spoczynku względem długości dnia. Większość czynności wykonujemy przy naturalnym, ale i przy sztucznym świetle, niezależnie od tego, jaka jest akurat długość dnia.

Oczywistym jest, że nie ma racjonalnych powodów do uznawania jesieni za porę depresyjną. Nie ulega też wątpliwości, że takim nastrojom często podlegamy i nie jest tutaj kluczowym, czy z przyczyn biologiczno – klimatycznych, czy skutkiem naleciałości i tradycji kulturowych. Ja sama myślałam, że to zjawisko nieco już zanikające. Żyjemy w czasach wszędobylstwa marketingu. Każda reklama i każda witryna odsyłają nas do najbliższej wiosny lub przekonują, że i jesień ma same walory. Inna cecha naszej ponowoczesnej cywilizacji, to konieczność optymizmu. Nie ma powodu wpadać w doły, skoro w dobrym tonie jest, by wszystko było w porządku, naznaczone samymi sukcesami, wręcz ich koniecznością. Tak właśnie myślałam, o zanikaniu zjawiska jesiennej melancholii. Tymczasem w ostatnich latach wiele razy słyszałam z ust nowo poznanych ludzi, że jesień to dla nich porą przygnębiającą, bowiem przynosi ze sobą znamiona schyłkowości.

Przed atakiem takiej depresji można się bronić, ale czy trzeba? Rzecz jasna terminu „depresja” używam tutaj w znaczeniu nieco kolokwialnym, jako dłuższego spadku nastroju, a nie medycznej jednostki chorobowej. Jesienna melancholia, jeżeli już nas dopadnie, ma też swoje plusy. Pomaga się wyciszyć, dokonać „wiwisekcji”, pobyć samemu ze sobą; daje odpocząć częściom naszego ja – odpowiadającym za stany euforyczne – po letnich uniesieniach. „Deprecha” czasem pomaga dostrzec niedomogi naszego życia i motywuje zmiany.

Barwy jesieni to nie tylko czerń. To przecież pełna paleta kolorów liści października. Broniąc się przed nostalgią, warto uciekać przed świadomością coraz krótszego dnia do spacerów, fotografii, własnych hobby, na które często nie było czasu w upalne letnie dni. Zamartwiać się wszak nie ma powodu. No, może poza jednym. Podobno koniec świata ma być, bodaj w grudniu. No, to tym bardziej szkoda tych ostatnich miesięcy na smutki. A, jeszcze to, że kryzys w pełni. Co nie znaczy jeszcze, że nam się źle powodzi. I tak do wiosny.


.

piątek, 2 stycznia 2015

Dawać i brać - to nie takie proste

 Kilka dni temu "zawiesiłam" się na kilku odcinkach pamiętnego serialu "Alternatywy 4". Pominąwszy to że on niezmiennie bawi, odkryłam też kolejne dno. Takie mianowicie, że nie tylko czasy obecne cechują się nie bezporedniością i nie prostolinijnością kontaktów społecznych, w latach 80-tych również tak było. Obecnie naszymi wzajemnymi stosunkami bardzo często rządzi ukryta interesowność. Wtedy właściwie również. Zagłaskać Kowalskiego, bo ma dźwig, którym wyciągnie nam szafę na górę. Nie wchodzić w zatarg z Iksińskim i pozwolić mu brykać, bo może okazać się krewnym Iksińskiego z KC.


 Jakieś wieczne stąpanie po niepewnym gruncie. Może to nieco infantylne, ale jest typ relacji, który raczej nam, zwykłym zjadaczom codziennego chleba, kojarzy się z czymś zacnym i bezpośrednim, nie obarczonym ukrytym sensem i pobudką. Dawanie w sensie pomagania i przyjmowanie takowej pomocy. Też tak to od dawien dana traktowałam, chociaż nie ukrywam, że nie od wczoraj coś mi tu nie grało,
coś śmierdziało wręcz. Pomógł mi ten temat zrozumieć i uporządkować, czy też używając modne bardzo niedawno określenia - ogarnąć - bardzo ciekawy artykuł właśnie na ten temat w niedawnej Gazecie Wyborczej. Autorstwa pani psycholog dr Eufrozyny Gruszeckiej (notabene, ciekawe imię). Pod tytułem "Miłość nie rachuje", z bardziej znamiennymi śródtytułami: "Pomagasz - będziesz żył długo i dobrym humorze. Ale pamiętaj, że im lepszy się sobie wydajesz, tym bliźni czują się gorsi", "pomaganie na własnych warunkach ogranicza czyjąś wolność". Według autorki większość szeroko rozumianych transferów między nami nie przebiega i nie kończy się prostolinijnie - tylko biorę/daję, tylko bierzesz/dajesz. Cudza pomoc bywa bronią obosieczną. Unaocznia fakt naszego uzależnienia od innych, może zagrażać pozytywnemu mniemaniu o sobie samym, ranić poczucie godności i przekonanie o własnej zaradności. W efekcie będziemy gorzej o sobie myśleć, a próbując odbudować samoocenę gorzej
oceniać pomagającego i samą pomoc. Pomoc niepotrzebna czy nieproszona potrafi wzbudzać opór. Możemy ją potraktować - oczywiście niekoniecznie rozmyślnie i świadomiev- jako próbę wymuszenia wzajemności, ergo  ograniczenia naszej swobody. Szczególnie to zagadnienie się tyczy relacji ludzi żyjących na podobnym do siebie poziomie. No właśnie. Wielu z nas - ja na pewno - skojarzy z autopsji dużo takich sytuacji w kontaktach ze znajomymi. Kiedy zrobiliśmy coś dla kogoś i wydawało się nam, że ten fakt będzie miał pozytywny skutek. Bynajmniej nie mam tutaj na myśli wdzięczności czy jakiegoś rodzaju uzależnienia, ale że po prostu scementuje naszą znajomość. Tymczasem okazało się to początkiem jej końca, a zachowanie drugiej strony dla nas zupełnie niezrozumiałe. Oczywiście taka postawa wynika z emocji, a nie racjonalnego podejścia do życia, cóż to jednak zmienia, skoro podobno ludzie z reguły kierują się emocjami. Gdy teraz spojrzę wstecz, pamiętam jedno. Otóż ludzie, których uznawałam za bardzo mądrych (w sensie rozwagi i trzeźwości), traktowali dawanie i branie bezpośrednio. "To ci mogę dać, tego nie. To od ciebie wezmę, tego nie." I już w momencie zakończenia "transferu" kończył się jakikolwiek przepływ energii tego tematu. Odwrotnie natomiast w przypadku osób, co do których wielkiej mądrości nie miałam ewidentnego przekonania. Przepływ energii po "transferze" się nie kończył, a wręcz zaczynał, zaczynał się też ciąg
kwasów i niedopowiedzeń. Ze swojej strony dodałabym jeszcze jeden aspekt. W warunkach "prawa dżungli" czy drapieżnych relacji i systemu,dawanie i udzielanie pomocy - zwłaszcza właśnie pomiędzy osobami na podobnym poziomie - bywa traktowane jako objaw słabości, a nie siły. A ze słabszym wiadomo co trzeba zrobić, chcąc ostatecznie być wyżej niż on. Ostatecznie jednak, po reasumpcji, wnioskiem zarówno autorki artykułu jak i mojej skromnej osoby jest, że pomagać warto, bo bilans i tak
jest dodatni. Pomaganie poprawia samoocenę, pomaga radzić sobie z emocjami. Ponadto jest czymś, co w gruncie rzeczy nasza bądź co bądź humanistyczna, europejska i chrześcijańska cywilizacja traktuje jako oczywistość. Warto jednak, pomagając, mieć na uwadze stosunek drugiej strony do tego.